Sobotni ranek nie zapowiadał się jakoś szczególnie. Pusty plac przed katedrą, rozładunek sprzętu nagłaśniającego, kilku przechodniów nie zwracających uwagi na dziwaków rozstawiających sztalugi na bruku obok obiektu sakralnego.

- Pewnie zbierać będą na coś, albo to jakieś przemówienia przedwyborcze. – usłyszałem wycinek rozmowy pomiędzy dwoma jegomościami dotrzymującymi towarzystwa ławce obok fontanny.
Krążąc z obiektywem, miałem często okazję słyszeć podobne twierdzenia na plenerowych imprezach tego typu. Także nierzadko bywałem świadkiem przemówień wielce zbliżonych do instrukcji obsługi materaca: „położyć się i... leżeć”. Nie wszędzie organizatorzy przywiązywali wagę do szczegółów, w których tkwi przysłowiowy diabeł, ani nie prześcigali się w pomysłach.
Jednakże po kilkunastu minutach nie miałem żadnych wątpliwości, że ta impreza nie będzie należała do nudnych i stereotypowych. Budzący zaufanie głos Czesława Gandy – pomysłodawcy i inicjatora przedsięwzięcia, wzmocniony przez nagłaśniającą aparaturę, zapraszał zaskoczonych Gorzowian do wspólnego malowania.

Pędzlami i kilkunastoma minutami wielobarwnego czasu, obecne na placu gremium, stworzyło wspólny obraz. Malowidło charakteryzujące się wielowątkowością i będące zarazem mieszanką stylów, tylko pozornie wieloepokowych. Ta pożyteczna zabawa w artystów malarzy, wzbudziła tak wielkie zainteresowanie, że dla bardzo młodego pokolenia stała się porównywalnie interesująca jak lody waniliowe,

a nawet sam ksiądz proboszcz parafii katedralnej Zbigniew Samociak nie odmówił sobie szermierki „ostrzem” z końskiego włosia zanurzonym uprzednio w wybranym z palety kolorze.

Z wielką przyjemnością i prawie z namaszczeniem pieścił płótno kilkoma kolorami,
jeden z gorzowskich satyryków – Ferdynand Głodzik. Napisałem nie bez powodu „prawie z namaszczeniem”, gdyż owego poetę udało mi się sfotografować malującego na kolanach.

Zanim obraz został przekazany na ręce Pani Zofii Bednarz - Wiceprezydent Miasta Gorzowa Wielkopolskiego, by wzbogacić wnętrze Urzędu Miasta upamiętniając ten dzień,

zdążyłem i ja dać pędzelkiem małe świadectwo swojej obecności.
Pieszczotą dla mojego ucha były dźwięki wyasygnowane z podległych mu instrumentów przez Bolesława Malickiego.

Ów sympatyczny człowiek dał mi się wcześniej poznać nie tylko jako rozmówca szanujący współdyskutantów, ale i jako świetny fachowiec. Jego słynne „trzeci klarnet od lewej w czwartym rzędzie – proszę o pół tonu niżej” utkwiło mi w pamięci i w wystarczający sposób wyraża umiejętności tego, obecnie dowodzącego orkiestrą dętą, muzyka.
Dopełnieniem tych chwil były piosenki wykonywane przez RSTK-owską „śmietankę” wokalną oraz tzw. „narybek”, który udowodnił, że wiele godzin spędzonych z mgr. Czesławem Gandą na prowadzonych przez niego zajęciach z emisji głosu – nie poszło na marne. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o Marzenie Śron, jedynej wokalistce, która za pomocą swojego głosu powoduje wysyp gęsiej skórki na moich plecach.

Oczywiście pozostali uczestnicy sekcji muzycznej - Kasia Gólczyńska,

Łukasz Reks i Ola Jach – także skutecznie odwracali uwagę mojemu obiektywowi oraz mnie. Udało mi się jednak przemóc i obok znanej gorzowskiej kamery w dłoniach Rysia Kućko - zarejestrować wiele ciekawych sytuacji, dzięki czemu mogę z przyjemnocią podzielić się teraz nimi z Państwem.