Ferdynand Głodzik


Wiersz zagrzybionych



Pogodną nocą w blasku księżyca
Gdzieś się spotkali grzyb i grzybica.
Gwiazdy i księżyc mrok rozświetlały.
Ona zgorzkniała a on zgrzybiały.

Nie był szatański, tylko prawdziwy.
Wiekowy, wcale nie robaczywy!
Choć brodę srebrzył szron,
Miał twardy, prosty trzon.

Otoczyły ich białe pleśniaki,
Słowa zwolna zmieniały się w szloch.
Zróbmy coś nim nas zjedzą robaki,
Lub próchnica obróci nas w proch.

Przyjdzie nam wkrótce zginąć niechybnie
Może załóżmy tu swoją grzybnię?
Nim nastał sezon gryp
Przy grzybie rośnie grzyb

Mrugały do nich nocne świetliki
Gdy rozsiewali w krąg zarodniki
Wilgoć i ciepło. Nie trzeba wiele,
Tylko ten cichy igliwia szelest...

Mój stary grzybie, myśl pozytywnie,
Zróbmy to może wegetatywnie?
czekał ich miekki mech
i fragmentacja plech.
 
 




Szeptucha




Wiedzą o tym guślarze, wróżki oraz szeptuchy,
Że w pałacu od dawna wywołuje ktoś duchy!
Zanim chłodny listopad tęczą liści w mrok spłynie,
Z autobusu wynoszą duże paki i skrzynie.

Ich prawdziwa historia tajemnicą owiana;
Przybywają z daleka; mają swego szamana!
Właśnie za nim podąża zgodnie cała gromada,
Choć on nauk nie głosi, szat kapłańskich nie wkłada.

Ale wnętrza do głębi tak potrafi poruszyć,
Że wybrzmiewa orkiestrą, to co ludziom gra w duszy.
Gdy wieczornym seansem światła barwą migocą;
Duszne siły tajemne napełniają ich mocą.

Na spoczynek codzienny zwykle póĽno się kładą;
Kiedy wiodą rozmowy, dziwna bije z nich radość.
Nowych wizji dla siebie w śnie szukają głębokim;
Ten rytuał pochodzi z bardzo dawnej epoki.

Robią czasem programy i spotkania po szkołach;
Ksiądz ich nawet podobno wpuścił raz do kościoła!
Czytam nasze gazety, swego radia wciąż słucham,
Ale jakoś ostatnio nic nie mówią o duchach.

Wielu gości pałacu czuło takie potrzeby,
Aby zgłębić świadomość określoną przez niebyt.
Na nic jednak zaklęcia, zioła, trawka, czy Viagra,
Bo duch bywa kapryśny i niełatwo go nabrać.




Śpiąca królewna



Hen przed wiekami w pałacu latem,
nie zachowując względów behape,
królewna wzięła w rękę wrzeciono,
będąc w tej pracy nie przeszkoloną.

Że uczyniła to ciut niedbale,
dotkliwie sobie ukłuła palec;
młody królewicz dziarsko doskoczył,
by jej udzielić pierwszej pomocy.

Marszałek dworu, gdy krew zobaczył,
natychmiast zgłosił wypadek w pracy;
a rzecz się działa krótko przed drugą
i to zgłoszenie trwało dość długo.

Wielką komisję trza było zebrać,
wszakże w pałacu ekspertów nie brak;
dzień się pochylił, na dworze ciemniej;
królewna rzekła: chyba się zdrzemnę.

Siadła na sofę, w królewskich szatach
i wnet zasnęła na długie lata;
znużona ciepłem, pałacem, władzą,
a tam eksperci radzą i radzą.

Śniła królewna, bujała w chmurach;
długo toczyła się procedura;
badano skutki oraz przyczyny,
dawno minęły wszelkie terminy.

Powymierali słudzy, dworzanie;
któż ma wypłacić odszkodowanie?
Park pałacowy zarósł jaśminem,
zamek po latach popadł w ruinę.

Aż do królewskiej złotej alkowy
wszedł syndyk masy upadłościowej:
Zbudził królewnę, skłonił się miło
i rzekł: roszczenie się przedawniło.

Twego królestwa już dawno ni ma
rządzi platforma? Liga? Rodzina?
Wieść przykrą jeszcze podać ci muszę:
Mocno stopniały twoje fundusze.

Bo notowania nie poszły w górę;
cienką mieć będziesz emeryturę.
W poprodukcyjnym wszak jesteś wieku;
może ci braknąc na zakup leków.

Zmartwiona życia swego jesienią,
królewna rzekła: cóż, czas to pieniądz;
za młodu kwitłam, błyszczałam złotem;
na stare lata mam tylko cnotę.