Marek (Lobo) Wojciechowski


bardzo smutne Yeti



Gramolisz się w milczeniu
do miejsc tylko swoich. Przestrzeni
zawinięte dywany osaczają,
jak ronda kapeluszy. Oko

kaleczy się w perspektywie drutów,
jak zapory otaczających każdy
wolny skrawek ciebie.
Góry nawet, jak szachownice

poprzecinane śladami zmarłych,
strąconych na ziemię aniołów w goglach.

własne szczyty niezdobyte dotąd.

Miejsce twoje, przystań.
Twarz w lustrze,
przedwczoraj ludzka jeszcze,
dzisiaj skurczona do miary czasu, ucieczki,
szuka swojej enklawy
wśród najbardziej niedostępnych
słów.
 
 




pogoda wszędzie taka sama



Powietrze o konsystencji szarego kisielu.
Skóra spierzchnięta żarem pije wodę
z wnętrza. Przedmioty tracą kanty,
jakby wahały się, czy trwać.

Muzeum potyka się o własne śmieci
sprzed wieków. Gdyby rozwalić mury,
rozpełzną się do swoich grobów.
Asfaltowe rzeki płyną do Rzymu.

Turyści dzielą się na uczestników
kolejek: białe, czarne, skośnookie.
Ktoś rysikiem pomazał niezły kawał
płótna na ścianie. Głośno krzyczy
roznosiciel gazet. Przenośna historia
nasiąka niżem znad Irlandii. Znad wysp.

         
 
 




grając powoli, ostrożnie



Wyśpiewaj sobie ciszę, tę która dzwoni w samotności.
Teraz stwórz dźwięk pierwszy ja. Graj nieśmiało,
małym palcem na szybie, zduś w popielniczce. On będzie
kłębkiem dymu, coraz mniejszym. Potem otworzą się pojedyncze nuty my.

Są rzeczy które są i te, których nie ma. Nie wjeżdżaj mi
do głowy tą ciężarówką. Mówię małe słowa, do zabrania
w pudełku zapałek. Rzeczy które są, są lepsze od tych
których nie ma. Można ich dotknąć, pogłaskać jak kota.
Słońce w lusterku oswojone, jak kaktus w doniczce. Ty

w okruchach pamięci, malutki, wartość jednej pauzy.
Jak będziesz śpiewał w ciemności? Wirtuozeria dnia
powszedniego, jak chleb. Nie z każdego życia da się
stworzyć symfonię, czasem wystarczą rzeczy, które są.
Małe, śmieszne nutki, twoje własne. Tak mieć.
 
 





w półcieniach



Zachód słońca - jątrząca rana
między światłem a mrokiem.
Brzeg dzieli światy na ostatnie
bastiony: to ziarenko piasku, to
już suchy ląd. Na molo sylwetki
wyprane z kolorów, papierowi
bohaterowie widokówek z wakacji.

Kolejne wydmy wahają się, czy
zarastać trawą, czy wtopić się w fale.
Na razie dają oparcie nogom, ślady
stóp jak niedbały ścieg na suknie.
Latarnia kroi noc na plastry. W świetle
krążą oślepione ptaki, my w cieniu
szukamy swych dłoni.

Noc kradnie resztki światła,
zmienia twarze w maski. Czas
wilków, szybciej oddychasz,
wydłużasz krok. Nad nami
sowa z chrzęstem pożera mysz,
w świecie obok kraby w ciszy
rozszarpują rybę.
 
 




archeolog



Pośród zmurszałych myśli, wśród szkieletów wiary,
która nie wystarczyła, by wstrzymać upadek,
wśród ksiąg: o magii, sztuce, zapładnianiu owiec,
teorii wojen i gier wszelkich, pełnych starych,
zawiłych wzorów, pośród resztek strojów, które
broniły nagie ciała przed mrozem i okiem
innych ciał (teraz leżą jak puste kokony
lub całuny pogrzebne, z braku właścicieli
pozbawione potrzeby i sensu). Wśród setek
nieistotnych i istotnych rzeczy. Gładzi je,
pieści wzrokiem, dotyka ostrożnie, próbuje
dopasować poszczególne kadry, utworzyć
spójny obraz. Żmudna, ale ciekawa praca.

Jeden z ostatnich Mędrców w tym pochodzie dziejów,
które szczyty zmieniły w morza – morza w szczyty.
W starożytnym języku, pokrytym patyną,
zwany Szczurem Wędrownym – Rattus Norvegicus.








powrót do strony głównej