Barbara Pala


Inna


z dyskrecją jaśminów
dojrzewa poza dotykiem
delicją muśnięć
i pamięci

gdzie mgły otwierają okna
potem w zmysły
wyłożone sztukaterią wraca
z najbliższą okolicą

jak pragnienia w rozkwicie
a czasem dłonie
układając w łańcuszki
odciska

w jaspisowych tablicach
wszystko dla oczu
z błękitów
tylko
 
 




Zmęczenie



mówiłeś spójrz
no spójrz moimi oczami przed siebie
za linię pierścieni
za cud i lawendę
i kilka bram łagodzących dogmaty

więc spoglądam
bezrozumnie stojąc na palcach
zbyt nieznaczna by dosięgnąć
wyrazu z krawędzi

za to wokół
zdawkowo zajęte miejsca
pejzaże zagięte pod kątem

i czyjś uśmiech
smaga oczekiwanie
nie wiem
może nasze
 
 




lirydy


usiądź czasem posłuchaj o czym mówią gwiazdy
rozrzucone po niebie jakby drżącą ręką
tak dzieci zagubione łączą się w gromady
odsuwając najdalej świata obojętność

w odległej zimnej pustce krążą obok siebie
nigdy jednak tak blisko by wypalić jądro
w konstelacji plejad wiedzą że zarzewiem
jest ogień co nie grzeje a wtapia w samotność

szybko kończy się wszechświat z równoległych ramion
lirydy spadające nie spełniają życzeń
bledną gwiazdy powoli znikają jak anioł
wszyscy kiedyś odejdą z księżycowym pływem
 
 




noc


noc kolejna do kątów nadeszła
cichuteńko w filcowych podeszwach
stawia gwiazdy rozrzutnie w gromadach

łuną świecy coś w szybie się złoci
jakbyś złudą codziennie tam chodził
a to miraż z bezsensów się składa

bez poręczy do świata nie umiem
jak mam dotrwać do świtu bez zdumień
i na śmierć się nie skłócić z tęsknotą

smutne twarze osuszyć z wilgoci
samotnością nikomu nie szkodzić
lecz nie o to wszak chodzi nie o to

by dopisać postscriptum do życia
muszą bywać w najczulszych odbiciach
w tlących żarach co nigdy nie gasną

a ty duszę już włóczysz po marach
ja tu ciągle pilnuję zegara
żeby czas swój przegapić i zasnąć




sonata dla snu


Sennym bytem w półjawie przed szarością świtu
czasem nie wiem czy jestem ginąc pod muślinem
blady zaprzęg obłoków nocnym niebem płynie
woziwoda gdzieś zwija sznur rosy z błękitów

przy ogrodach gdzie pawie strzępy zwidzeń budzą
mgły tam siedzą na zboczu jakby chciały latać
znad przestrzeni gdzie sięga srebrzysta sonata
dzwoni zarys cienisty nikłą taflę krusząc

długich godzin spędzonych przy jasnych cykadach
nikt dokładnie nie zliczy nie czekaj wyjaśnień
choćby przyszło do bramy kolejnej kołatać

rzeczywistość jest teraz a raj jeśli zaśniesz
kiedy dusza do tego nie należy świata
tylko snem nieskończonym można widzieć baśnie





cyganka


z dymnych ogni z leśnego igliwia
płynie łąka w uliczne kurzawy
inni staną i będą podziwiać
szumem szeptów i spojrzeń ciekawych

jak żywioły odrodzeń i zniszczeń
w błyskawice gdy ciska oczyma
szpak z uciechy się wzbija i gwiżdże
do korali co chciałby zatrzymać

ty daj rękę kochasiu posłuchaj
wiosną każda kabała się spełnia
za dnia gwiazdy na ziemi ty szukasz
ale zapłać nim zacznie się ściemniać

z chmurnych pował w ulotnych gałgankach
zwiewna mglistość kwiecistej spódnicy
lekkim krokiem odchodzi cyganka
żywa woda źródlanej krynicy





Antykwariat


w niemym półmroku rustykalnych kloszy
w ciszy regałów gdzie schodzą się kurze
kartka przy kartce śpiące księgozbiory
mistycznych myśli cienie tylko stróżem

czasem zaduma przy futrynie siądzie
mglistą poświatą przemknie duch zaprzeszły
dawne skupienia szparami w podłodze
w nocnych czytaniach woluminów szepty

z czułością czasem ktoś muśnie spojrzeniem
dłonią pobłądzi w półki pełne wieków
wciąż tam w umarłych żywe nasycenie
z gwiezdnej lotności klasycznego dźwięku

księgi przed światłem skryte tajemnicą
mędrcom legendy odsłaniają schedy
jakby nieziemskie podróżują znikąd
a jednak świadkiem jeśli ktoś uwierzy